Hermann Hesse – Gra szklanych paciorków

 

Minęło sporo czasu, od kiedy ostatni raz czytałem Hessego. Prawdę mówiąc, nie pamiętam, kiedy to było. Mógłbym zmusić się do wielkiego wysiłku, żeby sobie przypomnieć, mógłbym skupić się i pogrzebać w przeszłości, ale przecież już wystarczająco się skupiam, pisząc tą recenzję. Poza tym, jakie to ma znaczenie. Jeśli wspominamy książkę, która w pewnym okresie życia wywarła na nas olbrzymie wrażenie, to nie istotne jest, kiedy przeczytaliśmy ją pierwszy raz od deski do deski, tak jak nie istotne jest, czy zrobiliśmy to w parku, w samochodzie, w łóżku, w kuchni czy w toalecie. Istotne jest samo wspomnienie wielkiego wydarzenia, świadomość, że z chwilą ukończenia książki, coś się w nas zmieniło. W moim przypadku, to, że tak dawno nie czytałem Hessego, nie oznacza bynajmniej, że przez cały ten czas Hesse nie był obecny w moim umyśle. Wręcz przeciwnie. Pamiętam obszerne fragmenty „Gry szklanych paciorków”, fragmenty, które wciąż mają dla mnie szczególne znaczenie i które powracają czasami w formie przebłysków, tworząc kontekst rozmyślań. Pamiętam też zakończenie. Przeżyłem je intensywnie, jak żadne inne. Nauczyłem się czegoś o sobie. Coś ważnego, o czym wiem dzisiaj.

Dodaj komentarz