Bornholm. Wyspa, na którą warto udać się nie tylko z tego powodu, że jest tam wspaniały klimat, zajmujące pejzaże i mnóstwo tras rowerowych. Co szczególnie zaskakujące, rosną tam figowce, których owoce smakują równie dobrze, jak te z krajów na południu Europy. Jednak i to nie jest na tyle istotne, żeby zaraz wsiadać na prom. Podróżować na Bornholm warto dlatego, żeby doświadczyć siłę oddziaływania zaufania, które ktoś obcy kieruje w naszą stronę.
Wyobraźcie sobie, że jedziecie na rowerze – trasa pośród pól, z widokiem na morze, łagodne wzniesienia. Przy drodze stoi stragan, na którym znajdują się skrzynki pełne warzyw i owoców. Zatrzymujecie się, żeby coś kupić, ale okazuje się, że przy straganie nie ma sprzedawcy. Cisza i spokój, nie widać nikogo. Tylko wy i wasz rower, warzywa i owoce. Przy każdym produkcie, na małym kartoniku napisana jest cena, a z boku straganu stoi skarbonka. Prawdziwy sklep samoobsługowy!
Na kampingu jest podobnie. W łazience kartka od właściciela informuje, żeby każdy, kto nie jest na tyle odważny, żeby kąpać się tylko w zimnej wodzie, mierzył czas, w którym używa ciepłej wody. Za każdą minutę gorącej kąpieli mamy sobie policzyć określoną kwotę, którą potem zapłacimy przy wyjeździe wraz z całą należnością za nasz pobyt. Jest też dodatkowa informacja, że jeśli ostatniego dnia nie będziemy mogli odnaleźć właściciela, pieniądze wystarczy położyć na parapecie i… szerokiej drogi!
Zaufanie, którym Duńczycy z Bornholmu darzą wszystkich przyjezdnych, ich gościnność i bezpośredniość, prowadzi do tego, że w podobny sposób zaczynają postępować sami przyjezdni. Czy gdzie indziej w Europie jest możliwe współoddziaływanie o podobnej sile?