Minęło sporo czasu, od kiedy ostatni raz czytałem Hessego. Prawdę mówiąc, nie pamiętam, kiedy to było. Mógłbym zmusić się do wielkiego wysiłku, żeby sobie przypomnieć, mógłbym skupić się i pogrzebać w przeszłości, ale przecież już wystarczająco się skupiam, pisząc tą recenzję. Poza tym, jakie to ma znaczenie. Jeśli wspominamy książkę, która w pewnym okresie życia wywarła na nas olbrzymie wrażenie, to nie istotne jest, kiedy przeczytaliśmy ją pierwszy raz od deski do deski, tak jak nie istotne jest, czy zrobiliśmy to w parku, w samochodzie, w łóżku, w kuchni czy w toalecie. Istotne jest samo wspomnienie wielkiego wydarzenia, świadomość, że z chwilą ukończenia książki, coś się w nas zmieniło. W moim przypadku, to, że tak dawno nie czytałem Hessego, nie oznacza bynajmniej, że przez cały ten czas Hesse nie był obecny w moim umyśle. Wręcz przeciwnie. Pamiętam obszerne fragmenty „Gry szklanych paciorków”, fragmenty, które wciąż mają dla mnie szczególne znaczenie i które powracają czasami w formie przebłysków, tworząc kontekst rozmyślań. Pamiętam też zakończenie. Przeżyłem je intensywnie, jak żadne inne. Nauczyłem się czegoś o sobie. Coś ważnego, o czym wiem dzisiaj.